Teatr Bagatela Bilety Repertuar Spektakle Adresy, telefony Dyrekcja Aktorzy Historia
Teatr Bagatela Historia

 

 

Edward Taylor

Stosunki na szczycie

(Przełożyła: Elżbieta Woźniak)

Reżyseria: Janusz Szydłowski
Scenografia: Katarzyna Proniewska-Mazurek, Joanna Schoen

Obsada
Alina Kamińska / Dorota Pomykała (gościnnie), Marcin Kobierski, Piotr Różański, Magdalena Walach / Urszula Grabowska, Aleksandra Godlewska, Sławomir Sośnierz, Marek Litewka

Inspicjent Sylwia Domin
Sufler Monika Handzlik

zdjęcia Piotr Kubic


Magdalena Walach, Marek Litewka

W znakomitej farsie Edwarda Taylora Stosunki na szczycie mogą Państwo zobaczyć świat wielkiej dyplomacji, w krzywym zwierciadle przeglądających się urzędników. Tą błyskotliwą, obfitującą w fajerwerki dowcipów farsą kontynuujemy tradycję znakomitej rozrywki w Bagateli. Pełna zabawy i nieoczekiwanych zwrotów akcji, błyskotliwych ripost i... erotycznych komplikacji farsa z życia wyższych sfer niewątpliwie jest godna polecenia dla wszystkich, którzy w teatrze szukają rozrywki na dobrym poziomie.

Galeria zdjęć


DZIENNIK POLSKI 01.11.2000
PAWEŁ GŁOWACKI
"Płytko na wysokościach"

Cóż za ulga - wreszcie było "płytko"! Był teatr, ale taki, który wreszcie niczego ode mnie nie chciał. Wystarczyło mu, ze byłem widziałem i słyszałem. Nie dość, że miała być farsa, to na dodatek była farsa. Tak, to iście frenetyczna ulga - przez dwie godziny przebywać w świątyni sztuki wysokiej i nie odczuwać klasycznej krakowskiej mordęgi przebywania w świątyni sztuki wysokiej.
Wreszcie "płytko" na wysokościach! Wreszcie coś, co ma świadomość, iż sięga zaledwie do kostek, a na domiar nie widzi powodu, by z marsową miną udawać mentalną Czomolungmę. Farsa, farsunia, farsidełko, farszczydłunio, że aż miło!
Przez dwie godziny pysznie nie myślałem o niczym! Wszystkie ciemne i gordyjsko zaplątane sprawy świata tego padły jak muchy, poszły spać. Ulga, ulga patrzenia na czystą teatralną sztuczność, na scenografię, co się elegancko o słodki kicz ocierała, na aktorstwo wręcz orzeźwiająco zewnętrzne, bez udawania nie wiedzieć ilu den, bez owej morderczej smuty tzw. Prawdy aktorskiej, co, panie dzieju, w Polsce, czyli nigdzie, zawsze gotowa z pokoleń iść w pokolenia, wreszcie ulga śledzenia fabułki wręcz fenomenalnie głupawej, pełnej wszelakiej maści nieprawdopodobieństw, wyssanych z palca zwrotów akcji, ściśle kabaretowych numerów, przebieranek oraz innych dziwności, jakby żywcem z najlepszej klasy prowincjonalnego odpustu wyjętych. Cyrk, buda taniego prestidigitatora, gdzie wszystko z papieru i nic naprawdę. Takie właśnie są Stosunki na szczycie, pióra Edwarda Taylora, które to stosunki wziął na warsztat Janusz Szydłowski i raz jeszcze udowodnił, że się w Krakowie z wolna specem od farsowego śmiechu robi. Co prawda jednak, to prawda - dziełko Taylora to nie są szczyty farsy, właściwie jest to przeciętność, ale... No, właśnie, ten śmiech!
Ta przynależna tylko farsie specjalna logika śmiechu, ten czysty rechot, któremu chodzi wyłącznie o niego samego, czyli żadna satyra, żadna groteska, żadne szyderstwo i żadna ironia, słowem - i Bogu dziękować - adnych przyszpileń do takiej czy innej cząstki rzeczywistości. Zwyczajnie - pusty śmiech dla śmiechu pustego, śmiech czysty, śmiech co się sam z siebie śmieje.
Patrzyłem, z kompletnie w tych okolicznościach zbędną duszą, patrzyłem na podstarzałego gamonia - Sir Clive’a Partridge’a (Marek Litewka), na jego żonę - Lady Gillian Partridge (Dorota Pomykała), która jak się okazało lubi koić skołatane nerwy identycznie jak ja, na prześmiesznie widoczne małżowiny uszne kompletnie zdezorientowanego Simona Prouta (Marcin Kobierski), na męską dewotkę - zasadniczkę, co się w nią już chyba w dzieciństwie niejaki Ernest Kibble (Piotr Różański) wcielił, na słodko rozbrykaną blondyneczkę Astryd (Magdalena Walach), wreszcie i na kompletnie powyginanego dyplomatycznym protokołem Jasquesa Berri (Sławomir Sośnierz) też z wielką przyjemnością patrzyłem. Tak, patrzyłem na to wszystko, ale tematu, że patrzyłem również na grającą rolę Louise Muller - kochanki powyginanego - Aleksandrę Godlewską, rozwijał nie będę, gdyż na Godlewską patrzyłem akurat bardzo. Chodzi o te kluczowe sceny, kiedy Godlewska wybiega z łazienki i staje twarzą w twarz z Kobierskim, a profilem do mnie. Wyrażę się jaśniej. Rzecz w tym, że Godlewska ma wtedy na sobie pianę, oraz nie ma niczego pod pianą. (...)


Reżyser Janusz Szydłowski
o STOSUNKACH NA SZCZYCIE

22 października 2000

Panie Januszu, co prawda premiera prasowa jest przewidziana dopiero za tydzień, jednak dla widzów, aktorów i pracowników teatru premiera miała miejsce wczoraj. Dziś odbyło się pierwsze otwarte przedstawienie dla publiczności. Jak się Pan czuje jako reżyser?

Czuję się usatysfakcjonowany, chodziaż bardzo zmęczony. Praca była ogromnie trudna, wymagająca precyzji, wypracowania wspólnej metody porozumienia się, dosłownie jak w zespole muzycznym. Każdy z aktorów musiał znaleźć swój ton, swój dźwięk, jakby był jakimś wymyślonym przez siebie instrumentem. I to było bardzo trudne poszukiwanie. Później trzeba było na to nałożyć całe kanony farsy, czyli rytmy, muzykę, bawienie się postaciowaniem... i tak na przemian. Chodziło o nałożenie sobie jakiejś ogromnej dyscypliny, właśnie: rytmu całości tego spektaklu. Wydaje mi się, że aktorzy naszego teatru spełnili to zadanie. I czuję się bardzo zadowolony

W sztukach, nazwijmy to, psychologicznych, mając na uwadze autorów takich, jak Czechow, Dostojewski, aktorzy mają zawsze tak zwane podteksty psychologiczne. Ten typ przedstawienia jednak, farsa, jest widowiskiem głównie technicznym, lecz również te podstawy np. Stanisławskiego wchodzą w rachubę. Natomiast podtekstem muzycznym aktora, który wychodzi na scenę, jest to, że pamięta swoją intonację dźwięku, i to, że trafia właśnie w ten właściwy, a nie inny ton. Myślę, że osiągnęliśmy to po prostu doskonale. Można mieć gorszy, lub lepszy dzień, w zależności od swoich warunków psychofizycznych, natomiast ten poziom na pewno będzie jednakowy.

Jest to farsa. Czego może spodziewać się widz, który może nie orientuje się dobrze w gatunkach scenicznych?

Przede wszystkim musi się spodziewać tego, po co tutaj przychodzi - dobrej zabawy. Myślę, że to zadanie nasz spektakl spełnia. Zasadą farsy jest, aby zaskoczyć widza błyskotliwością, wrażliwością aktorską, niebywałym kunsztem aktorskim. Widz nie ma czasu zastanawiać się nad logiką i prawdopodobieństwem zdarzeń. Jeżeli ktoś z tej "zwariowanej karuzeli" wyskoczy - mówię tutaj o aktorach - to widz nie zorientuje się, dlaczego coś się zawahało w tym całym dziwnym, zwariowanym świecie. To przede wszystkim tempo i zwariowane reakcje, choć uzasadnione psychologicznie. Na przykład jeśli aktor znajdzie się na lampie, to musi być tak podbudowany psychologicznie, że to uzasadnia, dlaczego on na tej lampie się znalazł. Oczywiście, że to jest nieprawdopodobne, ale tak się może zdarzyć, bo wynika z nieprawdopodobnej energii w sobie, w danym momencie.

Co Pana zachwyciło w tej sztuce? Dlaczego akurat "Stosunki na szczycie"?

Miałem do wyboru kilka fars. Mieszkając jeszcze w Londynie, zajmowałem się tam farsą "Mayday", która później była grana w Polsce. Drugą farsę robiłem tu w Krakowie "Wieczór kawalerski", później powtórzyłem ten spektakl w innej obsadzie i trochę innych warunkach w teatrze w Sosnowcu. Natomiast ta farsa była dla mnie wyzwaniem, ponieważ była o wiele trudniejsza. Nie była ona "samograjem". Miała głęboko zbudowane postacie psychologiczne. I przez to umieszczenie tychże postaci w zwariowanym świetle farsy było o wiele trudniejsze. Należało najpierw zbudować normalne postacie psychologiczne, a później je umieścić w tej "zabawie".

Najciekawszy moment podczas przygotowania tej sztuki.

To był ten, w którym aktorzy po prostu zawierzyli mi, że tutaj trzeba się posługiwać inną formą pracy. Że właśnie muzyka, współbrzmienie głosów, nakładanie dźwięków, atakowanie przeciwnika nową propozycją jakiegoś szaleństwa na scenie daje pożądany efekt. To był ten moment, na który ja czekałem. I w momencie, kiedy on przyszedł, byłem zadowolony, chociaż aktorom jeszcze tego nie powiedziałem. Później powiedzieli: "to myśmy nie widzieli, że tak trzeba".

A najtrudniejszy moment?

To był problem znalezienia miejsca każdego z tych aktorów w mojej wizji idealnej obsady. Znając tych aktorów, ich możliwości, wybrałem właśnie ich. Czasem zastanawiałem się, czy słusznie postąpiłem obsadzając poszczególne postacie. I kiedy ten kryzys u mnie minął, to, nie będąc pewnym do końca - nie chcę być pysznym ani zarozumiałym, wiedziałem, że to musi wyjść. Wiedziałem, że jeżeli oni popracują tą metodą, która ma swój cel gdzieś w górze zaznaczony, to musi się nam to sprawdzić. I, na szczęście, sprawdziło się.

Jaką sztuką chciałby Pan się zająć w najbliższej przyszłości?

O, przyznam się szczerze, że na jakiś czas dam sobie spokój z farsą, bo naprawdę jestem bardzo zmęczony. Mam w zanadrzu niezwykle ciekawą sztukę. Nie chciałbym zdradzać, co to jest. Jest to o tyle ciekawe, że do obsady potrzeba pięć genialnych, starych aktorek, z których najmłodsza powinna mieć 70 lat. Może zdradzę tytuł: "Najstarsza profesja". Jest to cudowna historia, tragifarsa, o głębokich rysach psychologicznych poszczególnych postaci. Myślę, że powinniśmy skorzystać z tego, że w Krakowie mamy takich aktorek sporo. Pierwszą, którą widzę w jednej z głównych ról jest pani Halina Gryglaszewska.

Czy możemy spodziewać się, że zobaczymy tę sztukę na scenie Bagateli?

Myślę, że tak.

W takim razie z niecierpliwością czekamy. Dziękuję za rozmowę.

Z Januszem Szydłowskim
reżyserem sztuki
STOSUNKI NA SZCZYCIE
rozmawiał Piotr Kubic

 

 

 

Strona główna - Bilety - Repertuar - Spektakle - Kontakt - Dyrekcja - Zespół aktorski - Historia