Uwielbiam pracę i nowe wyzwania...

Rozmowa z Magdaleną WalachMagdalena Walach
aktorką Teatru Bagatela
19 stycznia 2001

 

Widzę, że leżą u Ciebie na stoliku "Trzy siostry..."

Właśnie zaraz idę na próbę.

Jesteś zadowolona z roli w tej sztuce?

Jestem bardzo zadowolona. Kiedyś w szkole grałam "Trzy siostry" i tam też grałam Irinkę. Ta postać jest mi bliska, dotyka mnie gdzieś w głębi. Jakoś jest mi bliski charakter Rosji, Czechowa.

Pamiętam, jak na próbie "Tajemniczego Ogrodu" powiedziałaś "nasz ojciec zarabia tylko szesnaście rubli" zamiast "szesnaście szylingów"...

Tak?... Właśnie. To są te "klimaty"...

Jak widzisz "Trzy siostry" w tym momencie? Jak ta sztuka się rozwija?

Na razie są to pierwsze czytania. Spotykamy się wszyscy dwa razy dziennie, czytamy, rozmawiamy rozwiązując pewne rzeczy niedopowiedziane. Uzgadniamy wszystkie relacje, próbujemy zrozumieć tę sztukę w sytuacji, gdy wycięte są z niej pewne postacie i sceny.

Wiążesz jakieś nadzieje z tą sztuką?

Ojej, z każdą sztuką wiąże się nadzieje. Ja jestem emocjonalną osobą i bardzo osobiście odbieram każdą rolę. Próbuję zawsze odnaleźć coś z charakteru postaci w sobie. To jest moja metoda na odnalezienie się w postaciach, które gram.

A jak odnajdywałaś się w postaciach, które już grałaś w Bagateli? Na przykład w "Tajemniczym Ogrodzie"?W Tajemniczym ogrodzie

W Tajemniczym Ogrodzie to było takie moje pierwsze zderzenie ze sceną Bagateli. Było to zaraz po szkole. Przyznaję, że było to dla mnie dosyć trudne, bo reżyser Janusz Szydłowski oczekiwał gotowości związanej z melodią tekstu, który był wypowiadany. On chciał, aby powstała z tego jakby uwertura muzyczna, która zawiera pewną harmonię. Z tym sposobem pracy nie zetknęłam się w szkole. Jestem wdzięczna moim koleżankom i kolegom za to, że mi pomagali. Cieszę się również, że jest to musical i mogłam w nim coś zaśpiewać.

  Stosunki na szczycie

Jak Ty się czujesz jako Marta?

Cudownie, ja kocham ten spektakl. Może też dlatego, że podczas jego tworzenia panowała cudowna atmosfera w całym zespole. Wszyscy zarażaliśmy się jakimś ciepłem, chcieliśmy sobie pomagać. Oczywiście były z tym związane ogromne emocje, był to mój pierwszy spektakl, pierwsza rola. Później miałam okazję jeszcze zagrać ten spektakl w Warszawie.

Poza tym grałaś jeszcze w "Balladynie" i "Stosunkach na szczycie". Jak wygląda Twój pierwszy kontakt ze sztuką?

Chciałabym mieć coś, co jest związane chyba z jakąś intuicją aktorską, o ile tak mogę powiedzieć. Czasem siedzę w domu,  czytam swoją rolę i czuję pewien pierwszy odruch, wrażenie. To, co wtedy tekst we mnie budzi, jest, wydaje mi się, najbliższe tego, co powinno być. Oczywiście tak jest w niektórych przypadkach. Później w próbach to często ginie, gdy aktor próbuje zgłębić kolejne warstwy postaci. Może wyjść z tego całkiem ktoś inny. Dlatego dobrze jest mieć tę świadomość i tego nie zgubić - tego, co było na początku, tego uczucia, które się miało.

Każda rola czegoś innego wymaga, nawet ta, która jest dana, że tak powiem, "po warunkach", to znaczy "jesteś blondynką, więc będziesz grała Martę". Rola zawsze rodzi się w bólach, ponieważ są takie, których nie da się zagrać od razu. Wymagają przemyśleń, dojrzewają, przynajmniej u mnie. Oczywiście - jakieś łzy często też się zdarzają, bo człowiek nie zawsze wszystko może zrobić od razu. I może i dobrze, bo jeśli coś więcej mnie kosztuje, tym więcej mnie z tym czymś wiąże.

Jak wspominasz pracę nad "Stosunkami na szczycie?"

To była całkiem inna rola, choć też chodziło w niej o melodię tekstu - u Janusza Szydłowskiego. Było mi o tyle łatwiej, że już się z tym wcześniej zetknęłam W tej postaci odkrywałam w sobie coś z zazdrosnej kobiety, chociaż taka nie jestem. Ale człowiek ma w sobie wszystkie cechy, choć może czasem nie jest tego świadomy. W miarę doskonalenia swoje warsztatu dowiaduje się, w które miejsca uderzyć, aby pewne emocje wydobyć z siebie. Ale najpierw trzeba się tego doszukać. Mam nadzieję, że zagram jeszcze kilka ról, które będą wymagały ode mnie takiej pracy. To jest najciekawsze.

Było dla nas zaskoczeniem to, że można było Cię zobaczyć w Teatrze Telewizji, w "Klubie Kawalerów" Michała Bałuckiego.

Bardzo się z tego cieszyłam, że mogłam zagrać tak dużą rolę. Jestem wdzięczna panu dyrektorowi Jackowi Schoenowi za to, że udzielił mi zgody na "wycięcie" tygodnia z pracy tu, w teatrze. Było to szczególne przeżycie, duża lekcja dla mnie. Kiedy jechałam na pierwszą próbę czułam jakąś obawę o to, czy sobie poradzę. Ale moje obawy zostały rozwiane przez atmosferę, która panowała na próbach i przez reżyser Krystynę Jandę, która otoczyła mnie wprost "matczyną opieką". Nie czułam bariery wobec tych, którzy w zawodzie aktora pracują już kilkadziesiąt lat.

Na całą sztukę mieliśmy bardzo mało czasu. Materiału było mnóstwo. Byliśmy ograniczeni porami dnia, pracowaliśmy w nocy, od zmierzchu do bladego świtu.

Przypomnij, kogo grałaś?

Grałam tam Marynię - taką dziewczynkę, która strasznie dużo kombinuje.

Ale chyba lubisz takie role.

Cały smaczek na tym polega, aby rola nie była taka "papierowa", tylko była właśnie ludzka, by był to żywy człowiek, w którym coś intryguje, zaciekawia i to się drąży. A jeżeli jeszcze na dodatek tekst jest dobrze napisany, to należy tylko dziękować za taką rolę.

Był to teatr telewizji, więc praca w nim wygląda inaczej...

W teatrze mam żywy kontakt z publicznością. Gram rolę od początku do końca i mam nad nią całościową kontrolę, mogę ją ogarnąć. W teatrze telewizji mamy na to przeznaczone kilka dni. My zaczynaliśmy kręcić od końca sztuki. Kolejność realizacji scen jest związana z warunkami - obiektami, pomieszczeniami, finansami - po prostu ze wszystkim. Dlatego trzeba mieć dokładnie przygotowaną rolę i wyciągać z niej te sceny, które właśnie trzeba nakręcić.

 

Z tego, co wiem, widziałaś tę sztukę w całości dopiero siedząc w domu przed telewizorem.

Tak, dlatego bardzo się denerwowałam. Nie wiedziałam, jak to będzie zmontowane, mogłam się tylko domyślać.

Cieszę się, że mogłam spotkać się z tymi ludźmi i widzieć, jak oni próbują rozwiązywać sytuacje, jak pracują, jak "kombinują".

Masz jakieś inspiracje aktorskie? Na kim się najczęściej wzorujesz?

Nie mam jednego "mistrza". W każdej osobie, która ze mną gra, czy którą widzę na ekranie i w teatrze, dostrzegam coś, z czego mogę się uczyć.

Pytanie standardowe - jaką rolę chciałabyś w przyszłości zagrać?

Chciałabym grać role, które mnie intrygują, dotykają, dzięki którym jestem w stanie poznać tkwiące we mnie nie odkryte uczucia. To jest właśnie rozwój. Na pewno kiedyś chciałabym zagrać Lady Makbet, ale chyba każda aktorka chciałaby się zmierzyć z taką rolą. Uwielbiam pracę, nowe wyzwania, i kiedy coś się dzieje. Nie lubię pasywnego czasu, spędzonego na załatwianiu jakichś drugorzędnych rzeczy.

Nigdy nie myślałam, że będę aktorką. Ale chyba księgowa byłaby ze mnie kiepska. Aktorstwo to ciężki zawód, co wynika z wielu przyczyn, a dla kobiet jest szczególnie ciężki. Chciałabym móc w tym zawodzie pracować.

Nawet nie spodziewałam się, że to może być tak trudne.

Nie miałam nikogo w rodzinie, kto byłby blisko teatru. Moi rodzice nie są aktorami, ale są bardzo wrażliwymi osobami. Moja mama miała okazję dostać się do szkoły teatralnej, ale mój dziadek powiedział, że za żadne skarby świata nie będzie aktorką. Z tym wiązała się pewna opinia na temat świata artystycznego tworzona przez ludzi, którzy nie wiedzą, jak on naprawdę wygląda.

Po maturze miałam zdawać na politologię o specjalności dziennikarskiej. Jednak moja polonistka namówiła mnie, aby spróbować - by później kiedyś w życiu nie mieć do siebie pretensji, że się nie spróbowało. Jednak nie przypuszczałam, że mam jakieś większe szanse, w obliczu ośmiuset kandydatów na osiemnaście miejsc. Ogromnym zaskoczeniem było to, że się dostałam i wtedy zaczęłam myśleć o tym, że jest to początek jakiejś drogi.

Teraz jesteś uznawana za dobrze zapowiadającą się aktorkę.

Dziękuję. Mam nadzieję nie poprzestać na "dobrze zapowiadającej się aktorce". Myślę, że będę się rozwijać.

A jak znalazłaś się w Bagateli?

Dostałam się do Teatru Bagatela przez Janusza Szydłowskiego, który mnie odnalazł do roli Marty w "Tajemniczym Ogrodzie". Wiązało się to z angażem. W ten sposób znalazłam się w Bagateli, z czego teraz bardzo się cieszę.

To nie jest proste, gdy kończy się szkołę i ma się świadomość, że od tego, co się wybierze, zależy dalsze życie. Muszę przyznać, że mam dużo szczęścia i cieszę się, że trafiłam właśnie tutaj. Miałam propozycję pracy w Teatrze Jaracza w Łodzi po zagraniu tam dyplomu. Grałam w nim Gretę u Miśkiewicza w spektaklu "Pułapka" - to była taka kombinacja zrobiona z Różewicza i Kafki ("Przemiana" Kafki i "Pułapka" Różewicza). Dostałam nagrodę za tę rolę i to wiązało się z możliwością angażu. To były trudne decyzje. W końcu przeważył mój sentyment do Krakowa.

Kiedy grasz, czy czujesz jakiś kontakt z publicznością?

Ogromny.

Czyli jeśli widz siedzi na widowni, to może mieć świadomość tego, że Ty go widzisz i go odczuwasz.

W zasadzie aktor gra nawet dla tej pojedynczej osoby, która siedzi na widowni i go ogląda. To jest właśnie cała magia teatru, która mnie pociąga. Odbieram te fluidy, które docierają na sceną z widowni i również odwrotnie - mam okazję odeprzeć to, bądź zarazić publiczność własnymi emocjami. W tym jest ta magia, że nie patrzę w szklane, puste i beznamiętne oko kamery, ale że żywi ludzie reagują od razu. Oczywiście są różne publiczności. Za każdym razem trzeba zmierzyć się z kimś innym. Na tym polega wezwanie każdego dnia.

Dziękuję za rozmowę.

rozmawiał
Piotr Kubic